Andrzej Bielecki – „Publiczna służba zdrowia – uzdrowić chory system”

 

Mimo, że jak głosi art.68 pkt 1. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej „Każdy ma prawo do ochrony zdrowia” oraz pkt.2 „Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych” zapisy te w dużej mierze pozostają martwe. Niezależnie od tego, jak poważne jest schorzenie, na wizytę u specjalisty czeka się co najmniej tygodniami, nierzadko miesiącami a na operację czasem latami. Miesiącami mierzy się również czas oczekiwań na zabiegi rehabilitacyjne. Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na wadliwą strukturę finansowania publicznej służby zdrowia. Co więcej, nigdzie na świecie nie wypracowano wzorca godnego naśladowania.

Rozpatrzmy najpierw, w uproszczeniu, główne typy stosowanych rozwiązań wraz z ich zaletami i wadami.

1. Służba zdrowia w pełni płatna z prywatnej kieszeni pacjenta (model dziewiętnastowieczny – przed wiekiem dziewiętnastym trudno mówić o służbie zdrowia w pełnym znaczeniu tego słowa oraz model, według którego działają służby weterynaryjne).

Pacjent płaci bezpośrednio za każdą wizytę i każdą usługę medyczną. Opieka medyczna jest więc traktowana jak zwykły towar, który można nabywać lub nie, w zależności z jednej strony od potrzeb a z drugiej od zamożności. Istotną wadą systemu jest to, że opieka medyczna jest ograniczona do osób posiadających na nią środki – dla większości obywateli dostępne są co najwyżej najprostsze, czyli najtańsze, usługi medyczne, natomiast możliwość leczenia poważnych chorób oraz dolegliwości przewlekłych są ograniczone tym bardziej, że w takich przypadkach następuje ograniczenie możliwości zarobkowania. Pacjent jest więc, w praktyce, skazany jedynie na zapasy finansowe, które zdołał zgromadzić, a które w zaistniałej sytuacji szybko się wyczerpują.

Wady takiego rozwiązania są oczywiste – opieką medyczną objęty jest jedynie nikły procent społeczeństwa a służba zdrowia daleka jest od wyczerpania swoich możliwości – mogłaby leczyć dużo więcej pacjentów i dużo skuteczniej, ale ci, którzy tego leczenia potrzebują, na ogół nie mają na nie środków. Wbrew pozorom rozwiązanie to ma również istotne zalety – nie ma żadnego pośrednictwa między pacjentem a służbą zdrowia (pośrednictwo zawsze kosztuje) oraz cele podmiotów uczestniczących we wzajemnych relacjach są zbieżne – pacjent chce się leczyć a służba zdrowia chce go leczyć. Ponadto w takim systemie nie występują niewydolne struktury uzurpujące sobie prawo kierowania systemem. W przypadku służb weterynaryjnych zalety przeważają nad wadami. W przypadku ludzi rozwiązanie takie

jest nie do przyjęcia ze względów etycznych – nie można ludzkiego zdrowia traktować wyłącznie jako towar nabywany za pieniądze zwłaszcza wtedy, gdy społeczeństwo jako całość nie osiągnęło bardzo wysokiego stopnia zamożności.

2. Służba zdrowia opłacana przez system ubezpieczeń (model amerykański).

Pacjent wykupuje pakiet ubezpieczeń w firmie ubezpieczeniowej, która potem pokrywa koszty jego leczenia w ramach świadczeń objętych nabytym ubezpieczeniem.

W tym systemie dochodzi trzeci uczestnik gry – firmy ubezpieczeniowe, których cele są przeciwstawne interesom pacjenta i służby zdrowia – w interesie firmy ubezpieczeniowej leży pobranie jak największej opłaty za ubezpieczenia przy równoczesnych jak najmniejszych wydatkach na pokrywanie kosztów leczenia. Dlatego też patologie tego systemu manifestują się, między innymi, dużą liczbą spraw sądowych, w których firmy ubezpieczeniowe są pozywane za odmowę pokrycia kosztów leczenia pod byle jakim pretekstem. Często spotyka się celowo niejasno sprecyzowane warunki ubezpieczenia a kontrowersje, nawet przy dobrej woli wszystkich stron (o co trudno) są liczne. Natomiast do zalet systemu należy charakterystyczny dla idei ubezpieczeń podział ryzyka pomiędzy wielu uczestników. Dlatego w przypadku choroby może się leczyć również ten pacjent, którego bez istnienia ubezpieczeń nie byłoby na to stać – koszty jego leczenia są bowiem pokrywane ze składek pacjentów, którzy nie zachorowali. W przeciwieństwie do rozwiązania opisanego w punkcie pierwszym pojawia się pośrednik, ale przy wszystkich związanych z jego istnieniem problemach pełni on w sumie pozytywną rolę – zajmuje się kumulacją kapitału, co pozwala na rozszerzenie usług medycznych na istotnie większą część społeczeństwa niż w modelu opisanym w punkcie pierwszym.

3. Służba zdrowia finansowana przez system kas chorych (model niemiecki).

W tym modelu pojawiają się kasy chorych – państwowe instytucje, których główna rola ma być taka, jak firm ubezpieczeniowych opisanych w punkcie drugim. Z jednej strony kasy chorych, jako instytucje państwowe, dysponują znacznie większymi środkami niż firmy ubezpieczeniowe co pozwala, przynajmniej teoretyczne, na finansowanie leczenia w bardzo dużym zakresie. Z drugiej jednak strony, jako instytucje państwowe, są obciążone potężnym i kosztownym aparatem biurokratycznym, często są uwikłane w kontekst polityczny – w Polsce powszechne było zjawisko obsadzania z klucza partyjnego wysokich stanowisk w kasach chorych. Jako monopolista w systemie finansowania świadczeń medycznych, kasy chorych arbitralnie ustalają ceny poszczególnych usług a jako instytucje państwowe są „nietykalne” – zawsze mogą się usprawiedliwiać, że dają tyle środków, ile dostały od państwa i że wszystkim nieprawidłowościom winna jest sytuacja polityczna, ekonomiczna itd. Często kasy chorych, jako podmioty uwikłane politycznie, tworzą silną grupę lobbystyczną wpływającą na politykę i dbającą o swoje interesy, które mają niewiele wspólnego ani z interesami służby zdrowia ani, tym bardziej, pacjentów. Wady te są w niewielkim stopniu osłabiane przez, ograniczoną na ogół, możliwość wyboru kasy chorych przez pacjenta.

4. Służba zdrowia finansowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia (obecny model polski).

Najgorszy z opisanych modeli, który polską służbę zdrowia doprowadził do totalnej zapaści – por. uwagi wyspecyfikowane na początku artykułu. System ten charakteryzuje się centralnym zarówno sterowaniem jak i planowaniem, wziętym wprost z systemu komunistycznego. Efekt jest taki, że wydatki zaplanowane na poszczególny rodzaj zabiegów w ogóle nie mają się do rzeczywistości – na ogół są grubo niedoszacowane, co powoduje, że w ostatnim kwartale danego roku szpitale często odmawiają wykonywania zabiegów zdając sobie sprawę, że Fundusz ich nie pokryje. W efekcie szpitale pracują „na pół gwizdka” – z jednej strony pacjenci czekają na wykonanie badań i zabiegi, z drugiej strony aparatura stoi niewykorzystana a obsługujący ją personel nie ma nic do roboty. Arbitralnie są też ustanawiane zasady refundacji lekarstw a afery z tym związane – powiązania decydentów z koncernami farmaceutycznymi – są częste. Potężna biurokracja w dużej mierze istnieje sama dla siebie – ciekaw jestem jaki procent pieniędzy ściąganych od obywateli na służbę zdrowia w tym systemie trafia do przychodni i szpitali a jaki na obsługę całej infrastruktury Funduszu – jestem absolutnie pewien, że nikt nigdy takich badań nie przeprowadzi. Po pierwsze żadna ekipa polityczna nie udostępniłaby niezbędnych danych zdając sobie sprawę, że wyniki byłyby przerażające. Po drugie, Fundusz zablokowałby takie badania wiedząc, że wnioski byłyby jednoznaczne i oznaczałyby konieczność jego likwidacji i szukania innych rozwiązań. Kolejną cechą tego systemu są niskie zarobki lekarzy i pielęgniarek przy jednoczesnych wysokich zarobkach urzędników obsługujących Fundusz. Powoduje to obserwowany masowy odpływ wykwalifikowanych kadr medycznych za granicę. Charakterystyczne jest, że problem ten zdaje się być przez decydentów niedostrzegany – rząd ma zawsze coś ważniejszego na głowie a Funduszowi cała służba zdrowia jest do niczego niepotrzebna – potrzebne są tylko podatki na leczenie płacone przez obywateli, a te państwo zawsze potrafi skutecznie wyegzekwować. Dlatego wszelkie próby rozwiązań typu: służba zdrowia jest niedoinwestowana w związku z tym należy zwiększyć składki z 9 do 11% (są to zarówno pomysły opozycji związanej z PIS na uzdrowienie sytuacji w służbie zdrowia jak też jedna z opcji rozważana przez rząd – zob. Dziennik Polski, 5-6 stycznia 2008) należy traktować wyłącznie jako próbę ograbienia obywateli z kolejnych środków finansowych przez lobby powiązane z Funduszem. Bez zmian systemu finansowania uzyskane w ten sposób środki trafią do kieszeni urzędników Funduszu a nie do szpitali. Reasumując, sytuacja jest w tej chwili taka, że obywatel przymusowo płaci tzw. składki ubezpieczeniowe na Fundusz Ochrony Zdrowia, który go w praktyce przed niczym nie ubezpiecza a w przypadku choroby wymagającej interwencji specjalisty musi po raz drugi zapłacić za leczenie w gabinecie prywatnym.

Dodatkowo, we wszystkich czterech opisanych systemach finansowania, występuje podstawowa patologia, na którą nikt nigdy nie zwraca uwagi, a która w uproszczeniu przedstawia się następująco: lekarz dostaje pieniądze za interwencję, czyli w jego interesie leży, aby pacjent był chory – zdrowy do lekarza nie przyjdzie, bo nie ma po co i lekarz nic nie zarobi.

Pojawia się pytanie, czy można opracować model działania służby zdrowia, który by eliminował wskazane patologie? Otóż teoria systemów dostarcza odpowiedzi twierdzącej. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: podstawową jednostką funkcjonalną służby zdrowia jest szpital. Oznacza to, między innymi, że każda przychodnia jest, w sensie organizacyjnym, częścią konkretnego szpitala. Każdy szpital posiada konto w banku. Pieniądze, które teraz ściągane są na służbę zdrowia do budżetu centralnego (9% zarobków) byłyby przekazywane bezpośrednio na konto wybranego przez pacjentów szpitala. Każdy szpital ogłasza, jakie usługi świadczy w ramach pieniędzy wpłacanych przez obywateli na jego konto do banku a za jakie usługi w danym szpitalu pobierane są opłaty dodatkowe i w jakiej wysokości. Również szpital byłby odpowiedzialny za refundację leków – w tym zakresie również każdy szpital miałby pełną swobodę określania swojej polityki refundacyjnej. Jeśli dla pacjenta danego szpitala byłaby potrzeba wykonania usługi, której szpital wykonać nie może, to wykupuje tę usługę dla swojego pacjenta w innym szpitalu, np. specjalistycznym. Pacjent ma pełną swobodę wyboru szpitala, do którego wpływają jego pieniądze. Decyzję podejmuje na podstawie ogłoszonych przez szpitale zasad świadczenia usług (jakie usługi są świadczone bez dodatkowych opłat, za jakie trzeba dodatkowo zapłacić i ile, jakie leki są refundowane i w jakim stopniu, jakie są zasady wykupywania przez szpital usług dla swoich pacjentów w innych szpitalach). Pacjent niezadowolony z jakości usług w danym szpitalu ma pełną swobodę przeniesienia swoich środków do dowolnego innego wybranego przez siebie szpitala. Każdy szpital, natomiast, ma pełną swobodę zakładania swoich filii, zarówno w postaci szpitala jak też przychodni, w każdym punkcie Polski. Szpitale są na swoim rozrachunku – państwo nie daje im żadnych dodatkowych pieniędzy, niewydolny szpital bankrutuje a jego majątek jest wykupywany przez inne szpitale. Szpitale też mają całkowitą swobodę decyzji w zakresie polityki kadrowej i dyspozycji posiadanymi środkami. Szpital nie ma żadnego środku nacisku na pacjenta – nie może zatrzymać pacjenta, jeśli ten zechce być objęty opieką innego szpitala ani nie może odmówić objęcia opieką pacjenta, jeśli ten wybrał dany szpital. Szpital również nie ma dostępu do informacji ile pieniędzy wpływa od danego obywatela, co pozwala na realizację zasady konstytucyjnej o równym dostępie do opieki medycznej, niezależnie od stopnia zamożności. Obywatel, natomiast, musi jakiś szpital wybrać. Jedyną rolą państwa byłoby pilnowanie, aby powyższe zasady były przestrzegane.

Przeanalizujmy cechy takiego systemu.

1. Pieniądze nie są marnowane przez pośredników – jedynym pośrednikiem jest bank, który obsługuje konto szpitala, przy czym szpitale miałyby swobodę wyboru banku. Wszelkie rozwiązania typu, że powołany zostaje centralny bank do obsługi służby zdrowia byłyby rozwiązaniem błędnym. Taki bank byłby monopolistą w obsłudze szpitali i mógłby pobierać zbyt wysokie opłaty za obsługę szpitali. Poza tym łatwo byłoby go upolitycznić i wtedy próbować za jego pośrednictwem wpływać na działanie szpitali.

2. Działają mechanizmy rynkowe – szpitale dobre mają się coraz więcej pacjentów więc zakładają nowe filie i przychodnie a szpitale złe są eliminowane, co jest zjawiskiem bardzo pozytywnym – kiepski szpital przynosi więcej szkody niż pożytku. Jednocześnie system działa tak, że bankructwo szpitala nie przynosi żadnej szkody jego pacjentom – po prostu wybierają inny szpital, który nie może odmówić objęcia ich swoją opieką, bo tak działa system.

3. Interes szpitala i jego pacjentów jest zbieżny i to na znacznie głębszym poziomie niż ten w służbie zdrowia w pełni odpłatnej. Mianowicie w interesie szpitala leży żeby pacjent przekazywał pieniądze i nie chorował – wtedy, mówiąc w dużym uproszczeniu, szpital będzie miał środki finansowe i mało pracy. Dlatego szpitalom będzie się opłacało inwestować w profilaktykę która, jak wiadomo, jest tańsza niż leczenie. Zmieni to model działania służby zdrowia z modelu wyłącznie interwencyjnego na model w dużej mierze profilaktyczny.

4. Szpital będzie dbał o to, aby podnosić kwalifikacje lekarzy – dużo dobrych lekarzy oznacza dużą liczbę pacjentów chętnych do leczenia się w danym szpitalu.

5. Problemy służby zdrowia zostają odpolitycznione. Obecnie sytuacja w Polsce wygląda między innymi tak, że lekarze co jakiś czas grożą strajkiem z powodu czasu pracy i wynagrodzeń. W proponowanym systemie rząd w ogóle nie jest stroną – nie rząd decyduje ile lekarz ma zarabiać, tylko dyrektor szpitala w zależności od tego, ile ma środków i na ile dany lekarz jest w szpitalu potrzebny.

6. Zostaje uruchomiona inwencja środowiska – od szpitala zależy, jakie wprowadzi standardy, unowocześnienia, jaki sprzęt zakupi itd. Szpitalom będzie się opłacało wdrażać nowe i niestandardowe a zarazem obiecujące pomysły, bo to będzie szansa na przyciągnięcie pacjentów. Na przykład może się okazać, że szpitalowi opłaca się wybudować basen dla swoich pacjentów jako obiekt rekreacyjno-profilaktyczny i terapeutyczny – np. leczenie chorób kręgosłupa. Niech czytelnik odpowie sam sobie na pytanie, jaka jest szansa realizacji takiego pomysłu w obecnym systemie. Będzie się także opłacało wysoko gratyfikować pomysłodawców.

7. W proponowanym rozwiązaniu działa mechanizm podziału ryzyka, analogiczny jak w systemie ubezpieczeń. Dlatego proponuje się szpital, jako podstawową jednostkę, aby mogła ona dysponować odpowiednio dużymi środkami – przychodnia bez wątpienia byłaby jednostką zbyt małą. Gdyby się okazało w praktyce, że szpitale również są zbyt małymi jednostkami, to jako jednostkę podstawową należałoby wyspecyfikować grupę np. trzech szpitali. Zresztą po pewnym czasie działania systemu, poprzez zakładanie filii, ustaliłaby się optymalna wielkość podstawowej jednostki systemu.

8. W tego typu systemie silnie i pozytywnie działałyby mechanizmy samoregulacji.

Głównym problemem byłoby wdrożenie takiego systemu. Przede wszystkim lobby związane z Funduszem zrobi wszystko, aby tego typu reformę zablokować. Jednakże część pracowników Funduszu znalazłaby zatrudnienie w szpitalach jako dyrektorzy ekonomiczni itp. gdyż szpitale potrzebowałyby ekonomistów i fachowców od zarządzania. Kolejna trudność leżałaby, być może, po stronie środowiska lekarskiego. Opisany system silnie weryfikowałby jakość usług medycznych i poziom wiedzy lekarzy – pamiętamy jak skutecznie został storpedowany przez środowisko nauczycielskie pomysł rządu premiera Buzka, aby płace w szkole silnie uzależnić od osiągnięć nauczyciela. Problem leży w mentalności obywateli, która obecnie w Polsce jest bardzo roszczeniowa, natomiast nikt nie chce brać odpowiedzialności za wyniki swoich działań. Dlatego lekarzom jest wygodniej żądać od rządu gwarantowanej pensji w wysokości trzykrotnej średniej krajowej zamiast poddać się weryfikacji mechanizmów rynkowych. Jest jednak nadzieja, że znacząca część środowiska lekarskiego poprze system, który pozwoli najlepszym uzyskać bardzo duże zarobki bez konieczności emigracji za granicę a solidnym zarobki godziwe. W polskich realiach politycznych, w których daleko nam do społeczeństwa obywatelskiego, inicjatywa wszelkich reform leży po stronie rządu. Sytuacja jednak nie napawa optymizmem gdy się analizuje rozwiązania proponowane przez rządzącą już od sześciu lat koalicję. Pierwszą reakcją rządu na postulaty lekarzy były groźby – minister rozważa wprowadzenie zakazu łączenia pracy w publicznych szpitalach i prywatnych gabinetach (zob. np. Dziennik Polska, Świat, Europa, 3 stycznia 2008). Oczywiście, jest to pewien postęp w porównaniu z pomysłami poprzedniego rządu, który groził, że strajkujących lekarzy zmobilizuje do wojska. Realizacja tego pomysłu może mieć tylko jedną z dwóch konsekwencji: albo znaczna część lekarzy odejdzie z publicznej służby zdrowia, co spowoduje, że w praktyce przestanie ona zupełnie funkcjonować albo zarządzenie pozostanie na papierze i mimo formalnego wprowadzenia nie będzie egzekwowane. Kolejny pomysł, podniesienie składki, już wyżej skomentowałem. Pewnym novum jest rozważanie możliwości przejścia na system czeski – dodatkowa odpłatność za każdą wizytę. Propozycje z 2008 roku to 4 złote za każdą wizytę, 8 złotych za każdy dzień hospitalizacji. Problem w tym, że przy równoczesnym zachowaniu obecnego systemu finansowania jest to jedynie „podpieranie walącego się domu”, czego efektem będzie jedynie to, że system nadal pozostanie niewydolny a wyspecyfikowane opłaty będą systematycznie zwiększane. Kuriozalny jest komentarz Pana Marka Kmiecia, ówczesnego szefa regionu małopolskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Otóż uważa on, że sporo pacjentów niepotrzebnie przychodzi do przychodni (sic!). Cztery złote to symboliczna kwota … a pacjent zawsze zastanowi się, czy wizyta jest mu rzeczywiście potrzebna. W ten sposób może do systemu nie wpłyną wielkie kwoty, ale na pewno zmniejszą się kolejki w przychodniach (Dziennik Polski, 5-6 stycznia 2008). Charakterystyczne jest to, że pacjent jest traktowany jak intruz. Równocześnie sam komentator przyznaje, że jest to rozwiązanie doraźne. W całej tej dyskusji w ogóle nie jest brane pod uwagę dobro pacjenta i jego punkt widzenia. Nikt nie przychodzi do lekarza dla przyjemności, nikt też nie jest hipochondrykiem dla własnego widzimisię. Jeśli lekarz stwierdza, że nie ma zmian somatycznych a pacjent się źle czuje to oznacza to co najmniej tyle, że jest mu potrzebna porada psychologa, który też powinien być dostępny na miejscu. Oczywiście w obecnym systemie i rozważanych przez rząd jego modyfikacjach jest to zupełna abstrakcja. Kolejnym kuriozum była wypowiedź Pani Beaty Małeckiej-Libery, ówczesnej wiceprzewodniczącej Sejmowej Komisji Zdrowia: Zanim podejmiemy jakiekolwiek decyzje musimy mieć wyliczenia, ile kosztują procedury (sic!)… Pacjenci muszą wiedzieć, za co płacą i czego mogą w zamian oczekiwać (Dziennik Polski, 5-6 stycznia 2008). Dziwne, że Fundusz, mimo że istnieje od dłuższego czasu, jeszcze takich wyliczeń nie zrobił. Co ciekawsze, w czerwcu 2012 roku minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, stwierdził: Zależy nam na tym, aby wycena procedur była przeprowadzona w sposób jak najbardziej profesjonalny, niezależny i obiektywny. Tak więc w przeciągu czterech lat wysocy przedstawiciele władz co najmniej dwukrotnie się w sprawie konieczności wyceny usług wypowiedzieli i na tym koniec. Tylko pozazdrościć tempa pracy. Problemem, o którym oczywiście nikt nie wspomniał jest, na jakich przesłankach takie obliczenia miałyby być oparte. Na przykład, ile kosztuje wykonanie zastrzyku (i dlaczego akurat taka a nie inna kwota) i ile zastrzyków zostanie wykonanych w Polsce w kolejnym roku? Jako żywo przypomina to komunistyczną gospodarkę opartą o plany pięcioletnie. Chciałbym również zwrócić uwagę, że jedynymi systemami, w których pacjent dokładnie wie ile i za co płaci jest system opisany w punkcie 1 (model dziewiętnastowieczny) oraz system proponowany w niniejszym artykule. Natomiast obecny system skutkuje tym, że do systemu wpłynęło 30 mld złotych, a poprawy nie widać (fakty.interia.pl, 2 czerwca 2012). Kolejnymi katastrofami dla obecnego systemu jest ostatnio dzień 1 stycznia, gdy zaczynają obowiązywać nowe rozporządzenia ministra. W roku 2012 ten kalendarzowy kataklizm zaowocował tym, że co najmniej kilkudziesięciu pacjentom chorym na raka przerwano terapię chemiczną, w związku z tym do Ministerstwa Zdrowia wkroczyła prokuratura (fakty.interia.pl, 2 czerwca 2012 oraz Gazeta Krakowska 21 lipca 2012). Mimo wspomnianego dopływu środków, służba zdrowia została doprowadzona do finansowej zapaści. Zgodnie z ustawą o lecznictwie dyrektorzy szpitali muszą do końca roku osiągnąć rentowność – w przeciwnym przypadku albo będą zmuszone przejść na utrzymanie samorządów, które nie mają na to pieniędzy, albo zostaną przekształcone w spółki. W obecnej chwili suma długów polskich szpitali wynosi 10 mld złotych (Rzeczpospolita, 4 czerwca 2012). Jedyną reakcją rządu na zaistniałą sytuację było zwolnienie szefa Narodowego Funduszu Zdrowia, Jacka Paszkiewicza. Zgodnie za zdrowym rozsądkiem należałoby oczekiwać, że w tak katastrofalnej sytuacji premier, minister zdrowia i NFZ będą solidarnie pracować, aby wyjść z kryzysu. Jednakże żadnych działań w tym zakresie nie widać. Natomiast dowiadujemy się, że Ministerstwo Zdrowia zamierza wprowadzić rozporządzenie, ze każdy gabinet stomatologiczny mający umowę z NFZ musi zatrudniać asystentkę (Dziennik Polski 19 lipca 2012) W uzasadnieniu czytamy: Brak fachowej asysty może w niektórych przypadkach skutkować zagrożeniem zdrowia i życia pacjenta. W sytuacji, w której urzędnicy NFZ bezkarnie wydają wyroki śmierci na pacjentów odmawiając im refundacji leków brzmi to jak ponury żart.

Sytuacja w służbie zdrowia nie jest w Polsce niczym innym, jak tylko jednym z objawów głębokiej zapaści, w jakiej znalazło się całe państwo. Innymi objawami są, m.in. bankructwa firm, którym nie wypłacono należności za budowę stadionów na Euro2012, autostrady pękające zanim przejechał po nich choćby jeden samochód i na których można jechać z maksymalną prędkością 70 km/godz., sytuacja na kolei – coraz częstsze wypadki pociągów, sytuacja w armii – kolejna afery korupcyjne, chroniczne braki w uzbrojeniu, działalność wymiaru sprawiedliwości – na rozprawy czeka się latami, zapaść systemu emerytalnego itd. Powyższą listę można jeszcze długo kontynuować. Jednakże przyczyny popadania państwa w coraz większą, na obecnym etapie wręcz niebezpieczną dysfunkcjonalność to już temat na osobny artykuł.

dr hab. Andrzej Bielecki

Instytut Karola Wojtyły

e-mail: azbielecki@gmail.com

 

* Niniejszy artykuł jest popularnym opracowaniem publikacji naukowej:

Bielecki A., Stocki R., Systems theory approach to the health care organization on the national level, Cybernetics and Systems, vol.41, 2010, 489-507.